piątek, 19 stycznia 2018

Trudny temat - "Feminoteka" i kultura, która kulturą nie jest.

"Kiedy ktoś mnie wysłucha, mogę zobaczyć mój świat w całkiem nowym świetle i pójść dalej. To zdumiewające, jak na pozór nierozwiązywalne problemy nagle dają się rozwiązać, gdy ktoś Cię słucha."
-- Carl Rogers
Znam pewną kobietę. Ostatnio częściej rozmawiamy i dzięki temu mogłam poznać ją lepiej.  Na pierwszy rzut oka to zwyczajna pani, jakich wiele. Ma męża, dwoje dzieci,  pracę, radości, smutki - jak inne kobiety. Niczym się nie wyróżnia. Niczym... oprócz jednego - trzyma każdego na dystans. Lubi się śmiać, żartować, lubi towarzystwo innych, ale temu wszystkiemu towarzyszy wrażenie, że wszytko jest powierzchowne, płytkie, tymczasowe. Czasami podczas rozmowy wystarczy czyjeś niedomówienie, jakieś nieprzemyślane słowo, czy gest, albo spojrzenie a ona jak płochliwe zwierzątko wycofuje się, milknie a czasami wychodzi. Mnie w jakiś osobliwy sposób zaufała. Pewnego dnia poprosiła o spotkanie. Nie chciała spotkać się w domu. "Zbyt piękna pogoda" - powiedziała - "Spotkajmy się w parku. Dobrze?". Dla mnie bez różnicy. Nawet lepiej, bo bardzo lubię przesiadywać "na łonie natury".
 Siedziałyśmy w miejskim parku. Pod olbrzymią, zieloną lipą. Przed nami w piaskownicy bawiły się dzieci. Obce dzieci. Jej są już dorosłe. Jedno kończy studia a drugie zaczyna. Została z mężem i przeżywają "syndrom pustego gniazda". Cisza i pustka w domu. Mąż na kolejnej delegacji, więc ona ma czas tylko dla siebie. Może posiedzieć i pogadać ze znajomymi.
Spokojne, ciepłe popołudnie. Zielony cień, dziecięce głosy, szelest wody w fontannie i my dwie na ławeczce.
- Super tak sobie posiedzieć. Prawda? Piękna pogoda i...
- Nie chciałam rozmawiać o pogodzie - przerwała mi.
- A widziałaś te super ciuchy w ...
- Nie chcę rozmawiać o ciuchach. Ja... ja muszę ci coś powiedzieć! Muszę to z siebie wyrzucić! Już więcej tego nie zniosę! - wykrzykiwała kolejne słowa.
- Spokojnie. Nie krzycz. Zobacz, dzieci się odwracają i patrzą na ciebie wystraszone - uśmiechnij się do nich, bo inaczej będą myślały, że złościsz się na nie - desperacko chciałam zmienić temat. Nie udało się.
- Tylko tobie to mogę powiedzieć...
- Jeżeli to jakiś problem, to nie wiem, czy będę w stanie ci pomóc. Ja nie udzielam rad.
- Nie, chodzi tylko o wysłuchanie.
- A mąż?
- Nie... on nie może o tym wiedzieć.
- Jakaś zdrada? - zapytałam z głupkowatym uśmiechem.
- Nie. Tajemnica. Tajemnica, którą noszę w sobie już od bardzo dawna. Nikomu nie umiałam o tym powiedzieć, tak samo jak nie umiałam nikogo tak naprawdę pokochać i nikomu do końca zaufać.
- Przecież masz męża?! Nie mów, że nie jesteś z nim tak blisko, żeby nie gadać o wszystkim.
- Ja z nim byłam. Jestem przecież... Pozwalałam na zbliżenia. Oboje mamy dwoje wspaniałych dzieci. On mnie kocha, ale ja jego... Nie wiem? Nie wiem czym jest prawdziwa miłość. Jestem z nim. Nie, nie zdradzam go, ale jestem obok. Wiesz o co chodzi? On też wie... Mówi mi o tym i pyta co ma zrobić? Prosi, żebym powiedziała o co chodzi, ale nie naciska. Mówi, że przeszkadza mu ten mur między nami, ale kocha. Kocha za siebie i za mnie. Wiem, że nie jest mu łatwo. Wiem, ale nic nie mogę z tym zrobić. 
Słuchałam i nie mogłam się domyślić w czym tkwi problem. Co chce mi wyjawić?
- To się stało, kiedy miałam 13 lat...
Patrzyłam na nią bez słów. Siedziała skulona i patrzyła w ziemię. Po chwili usłyszałam cichy głos.
- Poszłam sama do lasu i tam spotkałam dwóch kolegów. Pierwszy był pełnoletni a drugi był starszy ode mnie o rok. Młodszego znałam ze szkoły. Bardzo mi się podobał. Podkochiwałam się w nim a tego starszego nie znałam. Później się dowiedziałam, że mieszkał w naszej wsi, ale wyjeżdżał do pracy w dużym mieście. Obaj zaczęli ze mną rozmowę. Żartowaliśmy, śmialiśmy się, szukaliśmy grzybów. W końcu młodszy powiedział, że musi już iść. Został starszy i zaczął głupio żartować. Zaczął coś mówić o mich piersiach. Zaczął dotykać moje włosy, ramiona i niby przypadkiem dłoń opadła na moją pierś. Odsunęłam się jak oparzona. Odtrąciłam jego ręką. Roześmiał się jakoś tak głupio i stwierdził, że właściwie to jestem dobrze rozwiniętą dziewczyną i pewnie też tego chcę. Nie rozumiałam o co chodzi. Czego niby mam chcieć? Zaczęłam się bać. On przestał być uprzejmy i uśmiechnięty. Jego ręka znów wylądowała w okolicy moich piersi. Szarpnęłam się do tyłu. Złapał mnie mocno za dłoń i wykręcił. Zabolało. Chciałam wyrwać wykręconą rękę, ale jedynie co zrobiłam, to upadłam na ziemię. Szarpałam się a on nie puszczał. Strasznie się bałam. Czułam jego ręce wszędzie. Zaczęłam krzyczeć a wtedy on zakrył moje usta dłonią i powiedział "Nie krzycz dziwko! Chcesz tego! Wszystkie tego chcecie!". Ja nie chciałam. Nie rozumiałam, czemu on mi to robi.  Chciałam się wyrwać i nie mogłam. Gdzieś z boku zobaczyłam leżący nóż. Pomyślałam, że gdybym się do niego dostała, to wtedy mogłabym się przed nim obronić. Walczyłam. Próbowałam. W końcu udało mi się doszarpać do noża. Ostatkiem sił ujęłam za ostrze i przejechałam nim po jego dłoni. Zasyczał z bólu i krzyknął "nożem ty szmato!". Rozluźnił uścisk i mogłam się wyszarpać z pod niego. Poderwałam się na nogi. Osłoniłam się porwaną bluzką i uciekałam najszybciej jak umiałam. Nie oglądałam się za siebie. Wpadłam do domu. Na szczęście nikogo nie było. Byłam brudna. Brudna na ciele i brudna w środku. Brudna... Nie rozumiesz o czym mówię! Ty nie wiesz na czym polega być brudnym, czuć się szmatą, nic nie wartą osobą. Dobrze, że nikogo nie było w domu. Mogłam spokojnie się umyć. Przebrać. Nikt się nie dowiedział. Nikt. Dalej byłam córką i siostrą. Taką fajną i uśmiechniętą. Pomocną, dobrą, grzeczną, cichą.  Od tamtej pory nie ufam nikomu. Staram się żyć normalnie, ale w środku siedzi lęk i przerażenie. Lęk przed mężczyznami. Lęk przed zbliżeniem seksualnym. Nie ufam ludziom. Nienawidzę mężczyzn. Widzę w nich tylko zagrożenie. Zaufałam tylko jednemu - mężowi. Jest bardzo spokojnym człowiekiem. Spokojny i cierpliwy. Czasami ma mi za złe tą moją oziębłość, ale nie dopytuje. Patrzy mi w oczy i mówi, że kocha za nas dwoje. Często wyjeżdża i nie ma go w domu. Rozumiem go. Wiem jak mu ciężko. Czasami sama bym od siebie uciekła, wyjechała, żeby  uciec od swoich wspomnień , ale nie da się. Wszystko siedzi w głowie... 
Zapadło milczenie. Ona mi zaufała a ja... Ja nie wiem, jak jej pomóc. Co zrobić? Co powiedzieć, żeby nie urazić? Jakich słów użyć?
- Myślałaś o terapii?
- Myślałam, ale najpierw dzieci były małe, później... Wiem, że to marne wymówki. Nie wiem, czy terapia coś pomoże? Wszyscy mają w nosie takie problemy. Nawet moja rodzina nie wie, co się stało. Mogliby powiedzieć, że sama się prosiłam, że mogłam nie iść sama do lasu, nie rozmawiać z tymi chłopakami i nie szczerzyć do nich zębów. Sama wiesz, jakie jest najczęstsze podejście do zgwałconych kobiet. Pogardliwe spojrzenie i powiedzenie "Sama tego chciała". Nie wiem, czy terapia pomoże? Nie jest mi łatwo o tym mówić. Nie wiem...
- Pomoże. 
- Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Zrobiło mi się lżej. Nareszcie komuś opowiedziałam o mojej historii. Bardzo ciężko żyć z tym lękiem. Z takim ciężarem.
-Wiem, że ciężko żyć z lękiem, ale ja nie jestem w stanie ci pomóc. Ja mogę tylko wysłuchać, nic więcej. Wiesz, mam namiary na fajnych terapeutów. Może chcesz numer?
- Pomyślę. Jeszcze nie jestem gotowa,
- Myślę, że jesteś. Mnie zaufałaś a oni będą umieli ci pomóc. Życie z oswojonym lękiem jest zupełnie inne...
Popatrzyła na mnie i nic nie powiedziała. Siedziałyśmy dalej bez słów w tym zielonym cieniu wsłuchane w dziecięce głosiki dobiegające z piaskownicy...
Na stronie fundacji "Feminoteka" obejrzałam spoty reklamowe dotyczące przemocy wobec kobiet. Pierwszy:
Słowa też gwałcą:
 Przemoc wobec kobiet:
 i następny:

Płakałam, jak je oglądałam...
Na tej stronie zobaczyłam też sformułowanie "kultura gwałtu" i zaśmiałam się. Taki głupi oksymoron. Kultura ma pozytywne znaczenie a gwałt mocno negatywne. Ktoś połączył te dwa terminy. Zastanawiałam się, jak można mówić o kulturze w przypadku takiego postępowania? Na czym ta kultura ma polegać? Ma dotyczyć tego, kto stosuje przemoc? On ma ładniej gwałcić? Śmieszne i nielogiczne, pejoratywne. Kto to wymyślił? Przeczytałam wyjaśnienie i niestety musiałam się z nim zgodzić. Martha Burt opracowała 13 najczęściej wypowiadanych stwierdzeń na temat gwałtu na kobietach. Przeczytałam je. Niestety, słyszałam je wszystkie, wypowiadane przez różnych ludzi. 
Osoba, która doznała tego typu przemocy wymaga ochrony, specjalnego, delikatnego traktowania. Pozostaje w niej trauma na całe życie. Strach, który nie zniknie, uprzedzenie do ludzi a zwłaszcza do mężczyzn. O psychologicznych konsekwencjach gwałtu można przeczytać na stronie Instytutu Psychologii Zdrowia. To bardzo trudny temat, ale warto o nim mówić.
Od jakiegoś czasu po internecie krąży petycja do podpisania "Stop gwałtom".  Ja już podpisałam. Jeżeli masz ochotę przeczytać i też podpisać klikaj na aktywny link.

Post wyświetlony:
 

Superwoman, czyli słodko-gorzki smak miłości doprawiony ostro sarkazmem (moim).

Kiedyś pisałam o tym, dlaczego mężczyźni kochają zołzy. Pisałam, ale z obserwacji wiem, że kobiety wcale nie chcą być zołzami. Wolą być układne, miłe, opiekuńcze, wspierające, kochające, wyręczające, wybaczające. Wolą traktować swojego wybrańca jak dziecko, które mocno potrzebuje ich macierzyńskiego ciepła i opieki. Uważają, że tak jest a nawet będzie lepiej i że to one są odpowiedzialne za jakość ognia w ognisku domowym. Kiedy coś im nie pasuje do sielankowej układanki pojawia się złość, zawód i łzy. Wypłakują się do swoich mam i przyjaciółek, że on ich nie rozumie, nie interesuje się domem, nic nie umie zrobić. Szlochają, że on nawet jeść sobie sam nie zrobi, nie mówiąc o wstawieniu prania, czy opiekowaniu się dzieckiem. A dlaczego? Wpadamy we własną pułapkę! Bo my kobiety superwoman, kobiety wszechmogące mu na to nie pozwalamy, bo ograniczamy jego inwencję twórczą naszą wszechogarniającą miłością. Koło się zamyka. On nic nie robi, bo my go we wszystkim wyręczamy a ile się przy tym napłaczemy, najęczymy, nagadamy. Poezja! Dobrze, że nie wszystkie tak mają, bo są i zdrowo postępujące zołzy 8-O i chwała im za to!
To tyle tytułem wstępu!
Chcę opowiedzieć kolejną historię o biednej i pokrzywdzonej kobiecie i złym mężczyźnie. Sorry panowie! Niestety mam dar do "wyłapywania" w swoim życiu panów z defektami. Wiem, że są też panowie, tak zwani super modele, niezastąpione egzemplarze, książęta na białych rumakach, kochani mężowie, dzióbusie, misie, wrrr... Są. Z tym się zgodzę, tylko że ja cholera, swój osobisty sonar ustawiłam na inny odbiór, albo ja nie należę do zbioru z napisem "Zołze"  tylko "Wspierająca mamusia". I czego tu się spodziewać?
Zaczęłam sarkastycznie, ale dalej niestety też tak będzie  :-x , bo temat jest z tych ciężkich gatunkowo. W grę wchodzi czyjeś cierpienie w imię miłości i czyjeś zaślepienie pewną osobą w postaci osobistej rodzicielki, mamusi, czytaj ekspansywnej teściowej - niestety. Cierpi żona a zaślepiony jest on - mąż. On, księciunio, hołubiony przez dwie damy, ale organicznie połączony kilkudziesięcioletnią pępowiną z mamusią. Zamiast komedii mamy dramat - dramat żony, która w desperacji i chęci ratowania małżeństwa postawiła ultimatum mężowi i straciła wszystko. Próbowała być zołzą, ale poddała się i nie wychodzi na tym najlepiej.
Paweł był miłością życia Ewy. Ona pielęgniarka o on pan profesor w dodatku z dobrej, bardzo "wierzącej" rodziny. Oboje dojrzali i samotni. Pasowali do siebie nie tylko charakterami, ale też wyglądem - oboje puszyści, radośni i zakochani w sobie. Ewunia świata nie widziała poza Pawełkiem a Pawełek poza Ewunią i ... mamusią. Cóż miłość ma to do siebie, że na początkowym etapie zasłania oczy zakochanym, czyli mówiąc bardziej dosadnie zaślepia inni mówią, że jest ślepa, ale...
Po okresie narzeczeństwa odbyło się huczne wesele i młodzi zamieszkali u mamusi Pawełka. Mamusia była taka dobra, opiekuńcza, troskliwa. Nie mogła pozwolić, aby działa się krzywda synkowi więc regularnie robiła naloty na synową. Niby mieszkali oddzielnie - młodzi mieli pokoje na górze a mamusia na dole, ale co to dla mamusi. Pod etykietką troski o młodych sprawdzała, czy zupa nie za słona, czy okna mają odpowiednią przejrzystość, czy kwiaty w doniczce mają wilgotną glebę. Była zawsze i wszędzie. Dbała o swoją latorośl mocno upokarzając synową. Ewunia długo walczyła z niechęcią do mamusi, aż któregoś dnia postawiła sprawę na ostrzu noża - albo ja, albo ona - spakowała swoje rzeczy i wyniosła się do rodziców. Po jakimś czasie Pawełek zatęsknił za swoją ślubną i poprosił ją o powrót. Takich ucieczek i powrotów było jeszcze parę, bo teściowa w swoich zapędach macierzyńskich względem synka też nie ustępowała, więc najpierw był powrót żony, później troska mamusi, wyprowadzka, itd. W końcu Ewa wyniosła się na dobre, ale czy zapomniała o Pawełku? Nie! Obrała inną taktykę! Walczy o niego w inny sposób i kiedy to widzę to jest mi jej szkoda. Ewa jest osobą mocno wierzącą i praktykującą - podobnie jak rodzina Pawła. Obmyśliła inny plan, który ma doprowadzić do scalenia rozbitego małżeństwa. Paweł ma konto na popularnym portalu społecznościowym, FB, i jest wśród znajomych Ewy więc ona zamieszcza tam artykuły o: wadze sakramentu, odpowiedzialności małżeńskiej, cytaty i demotywatory o miłości, wierze, Bogu, oczekiwaniu i oddaniu, szczęściu płynącego z udanego małżeństwa. Zamieszcza wpisy o macierzyństwie i oczekiwaniu na dziecko. Publikuje swoje zdjęcia, na których jest coraz chudsza. Zmienia zdjęcia profilowe wraz ze zmianą fryzury. Z tych zdjęć spogląda smutnymi oczami i czeka... i chudnie... i publikuje, ale nie tylko. W kościele siedzi w takim miejscu, aby Paweł ją widział. Działa w grupie kościelnej, do której należy teściowa. Chodzi na spotkania partii politycznej, do której należy Paweł - czyli stara się być wszędzie, gdzie on i być widoczna tam, gdzie może być jego rodzina. Ale to nie działa! On jest odporny na takie podchody i udaje, że jej nie widzi. Sorry panowie, ale ten osioł jest ślepy i głuchy i tak zaimpregnowany przez mamusię, że ma w nosie miłość Ewy do niego. Szkoda tylko dziewczyny! Czasami jak widzę zachowanie Ewy to chciałabym nią potrząsnąć i wykrzyczeć:
- Bądź zołzą! Szanuj się! On ma w nosie twoje poświęcenie i twoją miłość. Nie warto tracić czasu i uczuć na takiego pustaka!
Ale miłość jest ślepa a Ewa karmi się złudzeniami, nadzieją, wspomnieniami, modlitwą. Ma nadzieję, że Bóg "załatwi" jej powrót męża, ale tu nie Boga trzeba, ale ciężkiego młota, który wbiłby facetowi do głowy prawdę, że po ślubie to żona jest najważniejsza a do mamusi można wpaść na niedzielny obiadek.
Kobiety bądźmy zołzami! Mężczyźni nie mają oporów z podkreślaniem swojego ego. Egoiści?! Raczej realiści. Bądźmy i my egoistkami a nie altruistkami a będziemy wtedy o wiele szczęśliwsze! Gwarantuję!

Wpis miał wyświetleń:
 

Siła kobiety. Siła, która zadziwia nie tylko mężczyzn.

Przyszła do mnie. Odważyła się. Stałam się jej potrzebna właśnie teraz. Zobaczyłam jej umęczone oczy.
- No co tam?
- A nic. Zbyszek znów jest w psychozie ...
Spotkanie przypadkowe, ale ja wiem, że nie ma przypadków. Spotkałyśmy się, bo byłyśmy sobie potrzebne - właśnie teraz, w tym momencie.
- W niedzielę odwieźli go do szpitala.
Dlaczego nie byłam zdziwiona? Wiedziałam, że tak się skończy odstawienie leków, ale wiedziałam też, że żadne tłumaczenie ani tym bardziej namawianie do zmiany ich decyzji nic nie da.
Znów podstępna i obłudna schizofrenia. Przyjaciółka z tysiącem twarzy. Jak Światowid tylko, że on miał cztery zwrócone w cztery strony świata a ona ma ich dużo więcej.
Marysia jest wspaniałą kobietą. Jest przy Zbyszku już bardzo długo. Dochowali się gromadki dzieci - dobrych, grzecznych, cichych, posłusznych i mądrych dzieciaków. Najstarszy syn już na studiach. Trójka pozostałych w domu i Zbyszek - piąte dziecko z przyjaciółką schizofrenią.
Marysia jest silna. Daje sobie radę. Ogarnia wszystko - swoje dzieci i męża - jak kwoka pisklęta. Dba o ciepło rodzinne, o atmosferę w domu, o to, aby wszyscy mieli co jeść i gdzie mieszkać. Nie skarży się. Jest pogodna, gościnna, uśmiechnięta. Siłaczka! Matka Polka! Kiedy ją poznałam nie mogłam wyjść z podziwu. Ja tu się szarpię, płaczę,mówię, że jest mi źle a tu przyjeżdża Marysia z czwórką dzieci, mężem, gitarą. Uśmiechnięci. On zaczyna grać. Razem śpiewają. Cieszą się życiem. Nie chce mi się wierzyć, że on choruje. Ona cierpliwie mi tłumaczy. Ja płaczę i opowiadam moją historię jak relację z pierwszej linii frontu. Marysia słucha. W jej oczach czasami też szklą się łzy. Mówi, że mnie rozumie i opowiada o sobie. Jej opowieść jest jednak inna - optymistyczna. Radośnie się uśmiecha. Mówi o Zbyszku, że pisze dla niej wiersze. Jest najlepszym mężem pod słońcem. Jest jej radością, światłem. Milczę i czuję się winna. Ja nie potrafię w ten sposób podejść do choroby męża. On jest inny.
Mijają lata. Dla mnie ciemne i bolesne. Dla Marysi radosne. Zbyszek bardzo kocha Marysię. Mówi do niej "kochanie", śpiewa piosenki. Marysia też pisze wiersze dla Zbyszka. Sielanka.
Oboje są bardzo religijni. Kiedy przychodzę do ich domu Boga czuć prawie namacalnie.Działają prężnie w ruchu katolickim. Jeżdżą na rekolekcje, konferencje, zjazdy. Kiedyś nawet widziałam reportaż z ich udziałem. Marysia ze Zbyszkiem mówili o pięknie życia rodzinnego, małżeńskiego, chrześcijańskim wychowaniu dzieci. Reportaż był wyświetlany na zjeździe młodzieży, coś w klimacie Lednicy. Poczułam wtedy zazdrość, bo Marysia tak świetnie sobie radzi a ja tylko płaczę i narzekam.
Półtora roku temu Marysia i Zbyszek pojechali na rekolekcje dla małżeństw. Po powrocie byli zachwyceni, w euforii. Opowiadali o prowadzącym rekolekcje duchownym. Opowiedzieli też o spotkaniu z chrześcijańskim psychiatrą pochodzącym z Niemiec. Zbyszek dostał się na konsultacje do tego lekarza.
- Wiesz okazało się, że Zbyszek nie ma schizofrenii. To jest jakiś uraz psychiczny związany z przeżyciami z dzieciństwa. To te silne przeżycia wpłynęły tak na jego życie. Doktor powiedział, że musi wybaczyć swojemu ojcu, który jest alkoholikiem i swoim zachowaniem go skrzywdził i krzywdzi nadal. Zbysiu mu wybaczył. Pogodził się z sytuacją. I co najważniejsze doktor powiedział, że Zbyszek nie musi brać leków a nawet powinien je odstawić. Leki już nie są potrzebne. Musi tylko dużo się modlić i przystępować codziennie do Eucharystii.
- Widzisz, nie jestem chory - potwierdził zadowolony Zbyszek z błyskiem w oczach.
Byłam zaskoczona. Patrzyłam z niedowierzaniem.
- To teraz rozglądaj się za pracą. Marysia tak ciężko pracuje. Jesteś zdrowy, więc pomyśl w jaki sposób jej pomóc - odparowałam.
- Na razie będę w domu. Będę pomagał przy dzieciach.
- Ale dzieci już są duże, a w waszej sytuacji każdy grosz się przyda.
Zbyszek popatrzył na mnie a ja na niego. Pomyślałam, że uwierzę w te cudowne uzdrowienie kiedy on zacznie pracować. Łatwo można rzucać różne słowa, obietnice, które nic nie kosztują.
Często widywałam Marysię i Zbyszka w kościele. Zawsze razem. Zbyszek przystępował do Eucharystii codziennie. BYŁ ZDROWY. Nie mogłam wyjść z podziwu i z zazdrości, ale patrzyłam na to bardzo sceptycznie, bo przecież... Z tyłu głowy tliła się myśl, że jednak choroba jest. Przyczaiła się. Oni nie chcą jej widzieć. Chcą przez jakiś czas poczuć się wolni, szczęśliwi, bez piętna. Widać było to szczęście. Zwłaszcza przy przekazywaniu znaku pokoju. Zbyszek brał  wtedy Marysię za prawą dłoń i czule całował a ona uśmiechała się do niego pełna miłości. Podstępna przyjaciółka schizofrenia była jednak z nimi.
W Księdze Rodzaju można przeczytać: "Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem." (Rdz 2,24) Tu jest mowa o małżeństwie - jedno ciało. Jeżeli cierpi jeden organ cierpi całe ciało. Nie dziwię się Marysi, że pozwoliła sobie uwierzyć w cudowne uzdrowienie Zbyszka. Choroba  Zbyszka to choroba całego "ciała". Brzmi strasznie, ale tak jest. Cierpi "głowa", ale czuje całe "ciało".
Dzisiaj Marysia cierpi w dwójnasób. Nie "dopilnowała" Zbyszka. Uwierzyła w cud. Zrezygnowali z leków. Zbyszek zapadł w ciężki stan psychotyczny. Świadkami psychozy były dzieci, które po raz pierwszy w tak drastyczny sposób zobaczyły na co choruje ich ojciec. Wcześniej dostawały "gorzką pigułkę"  w "słodkim lukrze" opowieści Marysi o chorującej duszy taty - aby mniej się bać. Teraz boją się dwa razy tyle, bo dojrzalsze widzą, jak ciężka to choroba, jak zmienia człowieka, jak zmieniła ich tatę.
Najbardziej żal mi Marysi. Dalej chce być twardą kobietą, ale poczucie winy ją zjada. Myśli co jeszcze mogła zrobić, żeby do tego nie doszło.
Przyjaciółka schizofrenia jest bardzo podstępna, jak każda choroba psychiczna. Tworzy iluzję w której chory żyje sądząc, że to świat realny. Wciąga w swój świat osoby najbliższe. Jego opowieści, uczucia, zachowania są takie prawdziwe. Rodzina nie jest specjalistami - psychiatrami i żyje tym światem czasami bardzo długo. Cieszą się wtedy ze spokoju i normalności. Razem z chorym są w euforii. Schizofrenia przeraża zdrowe osoby, paraliżuje. Kiedy zdrowy zorientuje się, że z jego najbliższym dzieje się coś złego chce uciekać, ale uciec przecież nie może. Nie pozwala mu sumienie, chrześcijańskie wychowanie, zasady moralności. Nie  wypada zostawić chorego. Trzeba się nim opiekować.
Nie jesteśmy w stanie wejść w głowę chorego i DOBRZE, bo sami wtedy stalibyśmy się chorzy. Chory ma świadomość tego, że powinien brać leki i na wszystkie sposoby od tego ucieka. Chorzy nie mają odwagi przyznać, że niektóre sytuacje są tylko wytworem ich umysłu. W przypadku Zbyszka iluzja wspaniałego życia, pełnego Boga, miłości, dobra po lekach pryska jak bańka mydlana. Realny świat jest szary, zły, rozczarowuje i przysparza tylu problemów. Który jest lepszy? Oczywiście, że ten bez leków. Więc ... Boże daj siłę kobiecie, która się nim opiekuje.
 Do przeczytania ( jeszcze :-)) artykuł z Tygodnika Powszechnego "Każdy może zachorować" o lęku przed chorobą psychiczną i artykuł  w Wysokich Obcasach "Pobudzenie, agresja, psychoza. Ludzie na huśtawce" - historia bardzo podobna do opisanej przeze mnie, tylko o depresji.

Wpis był wyświetlony w liczbie:

Przedświąteczne spotkanie

Właśnie robiłam ostatnie przedświąteczne zakupy, gdy nagle zobaczyłam drobną, niewysoką blondynkę. Podeszła do mnie z radosnym uśmiechem na twarzy.
-  Dzień dobry pani!
- Witaj Madziu!
- Jak się cieszę, że panią widzę! Święta! Muszę kupić jeszcze parę rzeczy, prezenty dla małych i będzie można świętować.
- Co tam słychać. Zeszczuplałaś. Ślicznie wyglądasz. Małych? Czyżby twoich małych?
- Tak - odpowiedziała z dumą - dwoje. Chłopiec i dziewczynka.
- Super. To widzę małżeństwo.
- Właściwie po... Od trzech lat jesteśmy sami, to znaczy ja i dzieci. Teraz jest lepiej, ale pierwszy rok był okropny - zawiesiła głos i spojrzała w moje oczy. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Milczałam. Pierwsza odezwała się Magda.
- Ogarnęłam się. Teraz jest nieźle. Daję radę. I  pomyśleć, że ślub braliśmy z wielkiej miłości. Świata poza nim nie widziałam. Jaka ja byłam zakochana! Wszystko zaczęło się psuć, kiedy urodziła się córeczka. On zaczął się odsuwać - wie pani o co mi chodzi? Zaczęlo brakować bliskości. Coraz więcej pracował. Brał nadgodziny. Pytałam: po co? Przecież starczy dla nas i dziecka to, co zarabia bez nadgodzin.Myślałam, że drugie dziecko nas przybliży. Naprawi to, co się popsuło. Zobaczy, jak bardzo go kocham. Urodził się syn. Zamiast bliskości jeszcze większe oddalenie. Nie było go całymi dniami. Jak przyjeżdżał na weekend nic go nie iteresowało. Siedział przed telewizorem, albo szedł do matki. Nie mogłam tak dłużej. Niby z nim, ale zostałam sama. Któregoś dnia, tak na spokojnie, powiedziałam jak ja to widzę. Powiedziałm, że mi to przeszkadza. Że tak naprawdę przestał być i mężem i ojcem. Zaproponowałam, że jak mu źle, to niech się spakuje i wyprowadzi. Musimy od siebie odpocząć. I wie pani, co on zrobił? Rzeczywiście się spakował i wyszedł z domu. Nie, nie poszedł do matki. Okazało się, że kogoś miał i to co ja powiedziałam było mu na rękę, jakby na to czekał. Wyprowadził się do innej. Jak dostaliśmy rozwód natychmiast się z nią ożenił. Po odejściu męża zaczęło się. Dwoje małych dzieci i ja bez pracy. Pomyślałam - co ja zrobiłam? Przychodziła moja matka, ale nie po to, aby mi pomagać, ale żeby mówić jaką to głupią i złą jestem córką a jeszcze gorszą żoną. Jak ja tak mogłam wygonić męża?
Znalazłam pracę. Potrzebna była opieka  do dzieci. Matka się zgodziła. Niby dobrze, ale kiedy któregoś dnia przyszłam do domu córka siedziała na stołku zwrócona twarzą do ściany i nie chciała się do mnie odezwać a synek cały czas płakał. Okazało się, że babcia cały czas "kładła" im do głowy, jaka ta mama niedobra. Wygoniła tatę i was też wygoni, albo odda do domu dziecka - mówiła. Zrobiłam matce awanturę a dzieci zapisałam do przedszkola. Długo trwało zanim to, co "zostawiła" babcia można było naprawić. Córeczka nie jadła, nie mówiła, nie chciała bawić się z rówieśnikami. Siedziała w kącie milcząca i kiwała się. Wychowawczynie zwracały mi uwagę. Nie wiedziałm co mam im mówić. Zdecydowałam się na wizyty u psychologa. Zaczęliśmy chodzić na terapię - dzieci swoją a ja swoją. Długo trwało, zanim to wyprostowałam. Rodzice mi nie pomagali, wręcz przeciwnie wymyślali nowe problemy. Najgorsze było przede mną. Zdecydowali, że zabiorą mi dzieci. Byli przeświadczeni, że jestem złą matką. Przez nich musiałam się wyprowadzić z mojego mieszkania a później szukać nowej pracy. Matka zgłosiła na policję, że narkotyzuje dzieci. Wyobraża sobie pani? O szóstej rano ktoś puka do drzwi. Otworzyłam a tam policja z nakazem rewizji. Przeszukali cału dom. Musiałam z dziećmi poddać się  badaniu na obecność narkotyków. Szok! Później założyła sprawę o pozbawienie praw rodzicielskich. Nic nie wskórali.
Znalazłam drugą pracę. Jakoś zaczęłam się podnosić. Dzisiaj rozmawia ze mną tylko ojciec, matka się nie odzywa. Trochę pomaga teściowa. Dzieci od czasu do czasu są u ojca, ale kiedy wracają mówią, że nie lubią jego nowej żony i że w domu lepiej.
Poznałam kogoś, ale nie chcę się spieszyć. Lubi dzieci. Często im coś przynosi a jak przychodzi więcej czasu spędza z nimi niż ze mną. Śmieję się wtedy, że dla niego one są ważniejsze ode mnie. On chce być ze mną. Chce się wprowadzić na stałe, ale ja nie jestem jeszcze gotowa. Jeszcze nie.
- Nie spiesz się. Dużo przeszłaś. Daj sobie czas.
- Wiem. Tak samo czuję. Podniosłam się z najgorszego, a nie było łatwo. Gdyby nie terapia byłoby tragicznie. Były różne myśli. Dzisiaj mogę się śmiać i cieszyć z tego co mam. I pomyśleć, że ślub braliśmy z wielkiej miłości, że świata poza nim nie widziałam. A u pani co?
- Widzisz Madziu ja jestem na początku takiej drogi, jaką ty przeszłaś.
- Niech się pani nie poddaje. Będzie dobrze.
- Jak patrzę na ciebie, to też mam taką nadzieję.
- Będzie dobrze- powtórzyła.
Popatrzyłam na tę niewysoką, szczupłą kobietkę i w jej roześmiane oczy. -Może u mnie też się "wyprostuje" - pomyślałam.
Uśmiechnęłyśmy się do siebie i mocno uściskały.
- Wesołych świąt!
- Przede wszystkim spokojnych...
- Da pani radę!
- Dzięki Madziu!


Wpis był wyświetlony:

"Słowa jak węże do ucha (...)" - czyli o kłamstwie.

"A kiedy będziesz szeptać jej do ucha
Te wszystkie kłamstwa, które znam
To nie zapomnij, ona słucha
Bo nie zna Ciebie, tak jak znam Cię ja
I będzie ufnie chłonąć wszystkie słowa
Naiwnie wierzyć w każdy gest
I nie zrozumie nic,
Bo ona jest tylko plastrem na samotny dzień
Słowa, jak węże do ucha
Słowa, jak opium i miód
Ona, tak chętnie ich słucha
Słowa, poznałam je już"


Kiedy można kłamać? Czy w ogóle można? Kiedy kłamstwo jest usprawiedliwione?
Chrześcijańska etyka moralna wskazuje, że w postępowaniu moralnie dobrym muszą być użyte moralnie dobre środki. Cel jest ważny, ale też ważne są środki użyte do osiągnięcia celu. Jeżeli środki są złe, to nie może z nich wyniknąć dobry cel, chociaż intencje są dobre i osiągnięty efekt też jest dobry, ale sposób osiągnięcia celu jest zły,np. nie można kraść, aby mieć za co utrzymać rodzinę. Dobrze, ale nie o tym chciałam pisać! Moje dywagacje są właśnie spowodowane pewną historią, której reżyserem było życie. Historia o kobiecie i mężczyźnie :-) .  Obserwowałam tę historię z ciekawością. Zastanawiałam się, kiedy ta kobieta "przejrzy" na oczy, kiedy otrząśnie się z zauroczenia pewnym mężczyzną, który w stosunku do niej był delikatnie mówiąc, bardzo nieszczery.
Kasia a właściwie Katarzyna, bo to już kobieta dorosła, poznała przypadkiem Pawła. Od lat mieszkają w jednym mieście, ale ich drogi skrzyżowały się ponad rok temu. Katarzynę i Pawła połączyła trudna historia życia - bardzo ciężkie, wręcz traumatyczne przeżycia małżeńskie. Jakie? Nie będę pisać, bo nie w tym rzecz - miałam przecież pisać o kłamstwie. On samotnie wychowywał syna a ona dwie córki. Zaczęło się od niezbyt zobowiązujących rozmów, od przypadkowego uśmiechu, uścisku ręki, spojrzenia w oczy. Niby nic, a jednak. Rozmowy były coraz częstsze. Kasia bardzo długo potrafiła siedzieć ze słuchawką  telefonu przy uchu i słuchać a że była kobietą pełną empatii więc coś tam zaczęło kiełkować w jej samotnym sercu. Według niej Paweł był taki "biedny". Wychowywanie małego dziecka, ogromny smutek po stracie żony, walka z "depresją", samotność. Nareszcie znalazł pokrewną duszę. Żalił się przez telefon do Kasi a ona słuchała, słuchała, słuchała... A że była kobietą energiczną rozpoczęła akcję RATUJEMY PAWŁA. Matka Teresa,  Matka Polka, siostra miłosierdzia w jednym. Nareszcie poczuła się potrzebna. W jej życiu znów pojawił się cel. Do tej pory załamana (przecież jest kobietą samotną z dwójką dzieci) zaczęła tryskać optymizmem i energią. Jej "dziełem" były kolejne akcje typu - sprzątam dom u Pawła, robię piknik dla dzieci, gotuję obiad dla Pawła a nawet wyjazd z trójką dzieci na wakacje. Jedna wielka akcja POMOC DLA PAWŁA.  A Paweł oczywiście dziękował, był zauroczony, podziwiał, chwalił, patrzył w oczy Kasi mówiąc jej, że jest najlepszą i najpiękniejszą kobietą na świecie, że ma szczęście, że ją spotkał i oczywiście w dalszym ciągu żalił się nad swoim losem. Katarzyna dwoiła się i troiła. Było jej ciężko, ale nie narzekała a wręcz przeciwnie była szczęśliwa. Jej były mąż nigdy nie zachwycał się nią w taki sposób. Nie mówił takich miłych słów. Akcja POMOC trwała.
Pewnego dnia Kasia usłyszała, że ktoś widział Pawła w kawiarni z brunetką (Kasia była blondynką). Ktoś inny widział Pawła w kinie - chyba z tą samą brunetką. U Kasi zapaliło się czerwone światełko - blado czerwone - bo nie chciała wierzyć ludzkiemu gadaniu.
- Ja jestem dla niego najważniejsza - sam mi to mówi. Przecież on nie ma nikogo. Miał, owszem, ale to już przeszłość. Sam mi to mówił - powtórzyła, jakby chciała samą siebie przekonać. Niepewność a z nią niepokój zostały jednak zasiane, ale... akcja POMOC trwała dalej. Kasia się "wkręcała" . On oczywiście żadnych deklaracji miłosnych jej nie składał, ale... Ona bez słów wiedziała, że ją kocha.
- Przecież tak się mną zachwyca - mówiła, kiedy ktoś ją ostrzegał.
- On musi mnie kochać, przecież tak patrzy w moje oczy, a kiedy mnie przytula świat przestaje istnieć - pełna romantycznych uniesień wyznawała przyjaciółce.
- Oj Kaśka, ty lepiej uważaj!  - ostrzegała przyjaciółka.
Ale jak uważać? Po co? Świat znów dla Kasi wydawał się wspaniały. Promieniowała szczęściem a przyjaciółka jest po prostu wredna i zazdrosna - myślała Kasia.
Pewnego wieczoru Katarzyna ze znajomymi wybrała się do kina. Nowa komedia nomen omen "Wkręceni".
- Fajna obsada. Chodź, rozerwiesz się! - zachęcali znajomi.
- Dobra i tak nie mam żadnych planów- przyznała Kasia i pomyślała jeszcze - racja, przecież Paweł nigdzie mnie nie zabiera, ani do kina, ani do kawiarni, nie przedstawia mnie rodzinie ani znajomym. Dziwne, ale...
Seans był wieczorem. Kasia z grupą znajomych, rozgadana i roześmiana szła w kierunku budynku kina. Weszli do środka i stanęli w kolejce po bilety.  Katarzyna coś z przejęciem opowiadała znajomym kiedy jej wzrok padł na fotele pod ścianą. Siedział tam Paweł a obok niego TA właśnie brunetka. Rozmawiali ze sobą. On patrzył w jej oczy i trzymał ją za rękę. Ona wpatrzona w niego, jak w tęczę, zasłuchana. Sielanka. Katarzyna stała z opuszczonymi rękami, blada jak ściana.
- Więc jak to?! Przecież to miało być skończone. Przecież mówił. On mi to mówił, zapewniał... Więc...
Koleżanka zobaczyła, co się dzieje i taktownie wyprowadziła bladą i roztrzęsioną Kasię na zewnątrz, na świeże powietrze.
Nie było scen typu - jak mogłeś, dlaczego kłamałeś. Nie było krzyku. Z oczu Kasi kapały rzęsiste łzy.Ramiona drgały wstrząsane szlochem. Koleżanka podała chusteczkę i mocno przytuliła roztrzęsioną kobietę.
Przecież nic się nie stało. On jej nic nie obiecywał ani tym bardziej nie wyznawał miłości, więc skąd te łzy?
Ech życie...

Wpis był wyświetlony w ilości:

 

Jak to z pewnym mężem było, czyli "tak kochanie, nie denerwuj się!"



Zosia jest wesołą kobietą. Wesołą w sensie ogromnego optymizmu życiowego. Nie ma dla niej sytuacji bez wyjścia, celu, którego nie da się osiągnąć, smutku, który by trwał wiecznie - tak przynajmniej było w czasach naszego studiowania, czyli było nie było, trochę czasu minęło. Spotkałam ją przed marketem :-) . Czarne włosy, brązowe, śmiejące się oczy, mocny makijaż. Jeździłam z nią na studia. Odwiedzałyśmy się, ale kiedy wyszłam za mąż nasza znajomość ograniczyła się do okazjonalnych spotkań.
Zawsze lubiłam z nią rozmawiać, właśnie z powodu ogromnego optymizmu.
Spieszyła się, ale nie tak bardzo, aby nie porozmawiać. Ucałowałyśmy się i po tradycyjnym - co u ciebie słychać - zaczęłyśmy rozmowę. Zosia wiedziała o moich problemach z mężem, więc teraz raczej dopytywała w swojej sprawie, uznając mnie za eksperta w dziedzinie chorób psychicznych :-( . Wysłuchać mogę, ale doradzać nie będę - pomyślałam. No i potoczyła się opowieść.
- Ten mój też ma coś z głową - wybuchnęłyśmy śmiechem, ale zauważyłam, że zawsze wesołe oczy Zosi dziwnie się zaszkliły.
- ?
- Mam dość! - wyszeptała - od jakiegoś czasu mam z nim problem. Wyrzucają go z każdej roboty. Nie chce mu się pracować. Obija się, więc kto chce takiego pracownika. A ja już nie mam siły. Teraz też siedzi w domu, ale żeby coś robił - nie! Od rana ogląda telewizję! Rozwali się na kanapie i wyżera wszystko z lodówki! Takiemu to dobrze! A ty pracuj jak dziki osioł - praca, dom, dzieci - wszystko na mojej głowie. A w dodatku oszukuje! Kiedy proszę go, żeby szukał pracy, albo mówię, gdzie może ją znaleźć momentalnie robi się chory. Oblewa się potem, trzęsie się, nie ma siły chodzić. Kładzie się i leży a mnie cholera bierze. Widzę, że udaje, ale żeby tak realistycznie. Może on jest chory... no wiesz... ma coś z głową? - wybuchamy śmiechem.
- Porozmawiaj z nim. Zaproponuj wizytę u psychologa, nie wiem...
- Myślisz, że nie proponowałam. Powiedział, żebym sama się leczyła. Rozmawiam, ale kiedy za bardzo naciskam on ucieka z domu.
- Jak to ucieka?
- Ucieka, albo straszy, że się powiesi.
- ?
- No właśnie! Wyobraź sobie, kiedyś przychodzi do domu i pokazuje czerwoną pręgę na szyi. Pytam, co się stało a on, że się wieszał, ale sznurek nie wytrzymał i się urwał i pokazuje porwany sznurek. Później nosił w kieszeni podwójny, bo wzmocniony się nie urwie.
- Wieszał się?
- Nie, ale straszył.
- On cię szantażuje. Wie, że masz dobre serce i wie, że kiedy cię postraszy przestaniesz mówić o tym, żeby zaczął pracować. Dasz mu święty spokój.
- Kiedy zwolnili go z zakładu nic nie powiedział, nie zdradził się słowem. Odwiozłam go jak co rano do pracy a po południu przyjechałam, żeby go odebrać. Czekałam godzinę. Nie przyszedł, więc odjechałam. Wiesz ile go nie było - cztery dni! Przestraszyłam się, że sobie coś zrobił - przecież się wieszał. Zadzwoniłam na policję, żeby zaczęli go szukać. Pomodliłam się do św. Antoniego - przecież to patron rzeczy zagubionych...
- Niezła rzecz - pomyślałam.
- Domyśliłam się, gdzie może być. Jego rodzice mają działkę, na której stoi budynek. Razem z policją pojechaliśmy w to miejsce. Policjanci poszli sami, bo ja obawiałam się najgorszego. Był tam. Przez trzy dni siedział na strychu. Nie wiem, czy coś jadł. Było zimno. Nie wiem jak wytrzymał te trzy dni. Przyprowadzili go. Brudny. Owinięty pajęczyną. Do mnie nie chciał się odzywać. Zapytałam, gdzie go znaleźli. Policjant spojrzał na mnie i skierował się do niego: Powiedz pani, gdzie siedziałeś! Milczał. Nie wiem już, co robić, jak postępować?
- Rozmawiaj z nim, ale tak konkretnie.
- A co ja niby robię? Rozmawiam, tłumaczę, proszę. Kiedy mówię o pracy on milczy, albo raptownie oblewa go pot. Trzęsie się, więc wolę już nic nie mówić. Ma fach w ręku. Mógłby przyjąć się do pobliskiego zakładu, a szuka pracy tam, gdzie jej nie ma, albo wie, że nikt go nie przyjmie. Mówiłam mu o tym zakładzie i wiesz jaka było jego reakcja - siódme poty, ból głowy i to taki, że musiał się położyć, drżenie rąk. Chory człowiek! Ja już nie mam siły...
- Może on ma depresję. Idźcie do lekarza.
- On nie chce. Rozmawiałam z nim. Powiedział - sama się lecz!. I co?
- Do lekarza nie chce, ale grać na twoich uczuciach potrafi jak nikt.
Spojrzała na mnie ze smutną miną.
- Nie wiem , co robić... Myślałam, że ten jego zły nastrój jest spowodowany śmiercią ojca. Po pogrzebie długi czas jeździł na cmentarz i godzinami przesiadywał na ławeczce przed grobem. Kupował sobie dwu litrowy napój, siedział i popijał. Niedopity stawiał pod ławeczką i po południu wracał do domu. Podpatrzyłam go. Żartem zapytałam, dlaczego zostawia otworzoną butelkę w bądź, co bądź publicznym miejscu - przecież mogą mu czegoś dosypać, albo nasikać - wybuchnęłyśmy śmiechem .
- I co?
- Nic nie powiedział. Dalej przesiadywał i popijał.
- Przeszło z tymi wizytami na cmentarzu?
- Teraz nie jeździ, ale siedzi w domu. My do pracy a on na kanapie przed telewizorem.
- W niczym nie pomaga?
- Coś ty! Na te jego zachowania znajoma podpowiedziała święconą wodę. Przyniosłam. Dolałam łyżkę do jego kubka z herbatą. Jakby coś wyczuł. Zawsze wypijał na raz a tę pił powoli, jakby mu nie smakowała. Później dopytywał jaka to herbata. Prychał, kichał, kasłał. Przestraszyłam się, że go przytrułam. Przecież dolałam stojącej wody. Może coś jest na rzeczy.
- W sensie?
- No wiesz - może to opętanie?
- Tak, opętanie lenistwem i wygodnictwem.
Nagle zadzwonił jej telefon. Pokazała mi kto dzwoni. On! Odebrała:
- Tak kochanie. Jestem w sklepie. Kupuje bułeczki. Tak. Zaraz będę. Tak, kochanie, nie denerwuj się! No cześć!
I tyle z tego biadolenia. Zadzwoniło kochanie - stan podwyższonej gotowości. Nagadała się, nagadała i co - czas wracać do manipulanta. Patrzyłam wielkimi oczami. Kobiety - siłaczki, które w imię miłości są ślepe na wszystko. Układ zamknięty - on jest z natury leniem  a ona ciągle wierzy, że go zmieni. Oboje napędzają się wzajemnie, szkoda tylko, że negatywnymi emocjami.
Och życie...

Liczba wyświetleń posta:

Schizofrenia – życie w lęku chorego i rodziny.

Wpis przeniesiony z poprzedniego bloga, który znika z platformy już 30 stycznia.
Wpis zrobiony 24 lutego 2014 roku.

Jakże jestem daleko od tego wydarzenia. Daleko mentalnie...
Daleko i niedaleko...
Wciąż po kolejnych rozprawach...
Walczę o siebie, o spokój.
Wciąż chodzę na terapię.
I jestem dumna ze swoich postępów i ze spokoju jaki sobie wypracowałam. Mam już dorosłego, wspaniałego syna i 15-to letnią prześliczną pannę. Są wspaniali, mądrzy i odpowiedzialni. Potrafią bronić siebie i swojego zdani. Nieraz potrafią mnie pozytywnie zaskoczyć.
Po tym wszystkim, co przeszliśmy wyszliśmy silniejsi, mądrzejsi, bardziej kochający, wspaniali.
Tak, wszyscy TROJE. Było warto i jest warto budować granice własnego bezpieczeństwa. Bardzo warto!

Długo myślałam nad umieszczeniem tego wpisu. Opisuje na blogu różne historie. W notce o sobie napisałam: uczę się żyć na nowo sama. Odeszłam. Nie napisałam, że przez 15 lat byłam przy schizofreniku. Byłam i jeszcze jestem jego żoną. Na dobre i złe. Według przysięgi: w zdrowiu i chorobie, dopóki śmierć nas nie rozdzieli, jak się okazało ponad pół roku temu mogła  to być moja śmierć. Dziś bardzo osobisty wpis. Para w "blogierski" gwizdek po piątkowych przeżyciach. Długi wpis, więc jeżeli ktoś nie ma cierpliwości nich nie czyta.
Z mediów słyszę wiele opinii dotyczących osób chorych psychicznie. Jest wiele chorób, których podłożem jest psychika człowieka - olbrzymia "paleta" od nerwic do najcięższej schizofrenii. Ta ostatnia też ma wiele "twarzy". Wspólnym mianownikiem tych chorób jest wyłączenie chorego z normalnego - zdrowego psychicznie - życia. Mówi się o izolacji, stygmatyzacji, piętnowaniu, odtrąceniu chorych. Takie mówienie sprawia, że świat dzieli się na dwa obozy - osoby zdrowe - czytaj - bez żadnych problemów i osoby chore - biedne, pokrzywdzone i odtrącone, których nikt nie chce. Dwa obozy - czarny i biały, żadnych szarości. Otóż nie. Istnieje "strefa szarości", czyli osoby, które decydują się na życie z osobami chorymi psychicznie a jest ich wiele. Mężowie, którzy są przy żonach i żony, które są przy chorych mężach. Słyszy się wtedy o poświęceniu, miłości, zrozumieniu, oddaniu, ale nikt nie widzi cierpienia tych osób, ich uwikłania się, współuzależnienia.
Męża poznałam kiedy miałam 26 lat - czyli byłam osobą dojrzałą. Skończyłam jedne studia, zaczęłam następny kierunek. Pracowałam. Pragnęłam mieć rodzinę, dzieci, spokojny dom - pełen miłości. Coś, czego nie miałam w domu rodzinnym. Poznałam człowieka spokojnego, bez nałogów, dobrego dla mnie. Nieważne było czy on był bogaty, czy biedny, jaką skończył szkołę. Nie niepokoiło mnie, że nie ma stałej pracy. Szybka decyzja o ślubie, szybki ślub i długa droga przez mękę. Ukryta schizofrenia. Kiedy udało mi się przyprowadzić męża na wizytę do psychiatry, po opowiedzeniu co się z nim dzieje, usłyszałam:
- Skończyła pani studia, miała psychologię i nie domyśliła się, że mąż jest chory na schizofrenię. Dziwię się ...
Mówiła coś jeszcze , ale to zdanie najbardziej utkwiło mi w pamięci, najbardziej zabolało. Odebrałam to, jak stwierdzenie: - skończyłaś studia a dalej jesteś głupia.
Dzisiaj, po kolejnych sprawach w sądzie, też odnoszę podobne wrażenie. Tak, jakby dawano mi do zrozumienia, że powinnam wysłać go na leczenie a nie podczas awantury domowej dzwonić na policję i prosić o pomoc. Łatwe, a ja jestem taka "głupia". Teraz sąd ma problem z wydaniem wyroku, bo oskarżony jest chory psychicznie - czyli nie odpowiada za to, co zrobił. Ja mam czuć się winna? Jak długo jeszcze? Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie zrozumiem. Nie znam przepisów prawnych, które można zastosować w takich sytuacjach.
Mąż w obecności innych ludzi jest bardzo spokojny (dopóki nie mówi się o przymusie leczenia). Jest potulny, małomówny. Siedzi biedny, przelękniony. Nic tylko podejść, przytulić, popłakać nad nim...
Niestety ja widzę tą "drugą stronę medalu". Sceny jak z horroru, który niestety wydarzyły się naprawdę i dotyczyły mnie i moich dzieci. Dotyczyły mojego życia.
Dom na odludziu. Otoczony z trzech stron lasem. Każdy przyjezdny zachwycał się urokliwym miejscem, pięknem krajobrazu, ale też padało pytanie:
- Nie boisz się tu mieszkać? Daleko do ludzi. Jakby coś się stało, to nikt nawet by ci nie pomógł.
- Nie - odpowiadałam - a co tu może się stać?
I działo się. Kolejne epizody schizofreniczne. Strach. Ból. Rozpacz.
Pierwszy, kiedy dzieci były małe. Dziwaczne zachowanie męża - chowanie jedzenia, oskarżanie o trucie, oskarżanie o zdrady a w końcu bicie i ... to przemilczę, bo jest zbyt osobiste, intymne. Czułam się jak mysz, którą bawi się kot. Próbowałam udawać, że nic się nie dzieje. Czułam, że to musi być choroba, bo czym wyjaśnić takie zachowanie. Teściowej ośmieliłam się opowiedzieć. Wyśmiała mnie. Jak to, jej ukochany, jedyny syn? To niemożliwe, to ja jestem zła i chora. Pracowałam, ona przychodziła do dzieci. Wszystko było ok. Nie wytrzymałam w pracy, kiedy mąż przyszedł na rozmowę z dyrektorem. Chciał zapytać dlaczego został moim kochankiem. Na moją prośbę zadzwoniono po karetkę. Na nieszczęście w szpitalu tego dnia nie było psychiatry. Wróciliśmy do domu. Mąż wyjął wszystkie noże i zaczął je ostrzyć. Byłam przerażona. Wieczorem wzięłam dzieci do najmniejszego pokoju, bo tam drzwi otwierały się do środka. One leżały w łóżkach a ja na podłodze, z poduszką pod drzwiami. Myślałam: Jak będzie wchodził odsunie najpierw mnie. Będzie mu trudno. Jakoś dam radę. Nie spałam prawie tydzień. Napięcie. Przerażenie. Gotowość do obrony i poczucie bezsilności - brak pomocy od kogokolwiek. Wstyd, że to dzieje się u mnie. Zawód - bo moje małżeństwo miało być oazą spokoju i szczęścia. Osamotnienie - bo nikt mnie nie rozumie, nikt nie chce, albo nie może pomóc. Chęć ucieczki - tylko dokąd, z dwójką małych dzieci i marną pensją. Jak mysz w pułapce. Najgorsze jest poczucie niemocy. Tego, że jestem w tym wszystkim sama. Miałam dać sobie radę ze wszystkim i nie dałam, więc jestem do niczego.
Takich epizodów było cztery. Dwóch ostatnich nie byłam w stanie "ogarnąć" sama. Pobita, zawiadomiłam policję.
Przedostatni zimą - uciekaliśmy z dziećmi mroźną, zimową nocą. Ledwie ubrani, bo ważniejsze życie. Zaprowadziłam dzieci do babki a sama czekałam na policję i karetkę. Przyjechali. Pokazuję wypis ze szpitala psychiatrycznego i oświadczenie podpisane przez męża ze zgodą, że w takich sytuacjach dobrowolnie poddaje się leczeniu. On jest spokojny. Odpowiada na pytania bardzo racjonalnie. Zabierają go. Przyprowadzam dzieci a po godzinie karetka przywozi go z powrotem. Pytam dlaczego, co teraz mam robić, bo się boję. Oni odpowiadają - jest spokojny. Obiecał, że sam zgłosi się do lekarza. Widzę przerażenie w oczach dzieci. Pytam samą siebie - kto ma większe prawa - rodzina, którą gnębi agresywny chory, czy chory, który przy obcych staje się potulnym barankiem. Na wizytę do lekarza zawiozłam go dopiero po dwóch tygodniach. Tygodniach strachu, namawiania na branie leków, czuwania, czy nic się nie dzieje.
Ostatnie zajście. Najgorsze. W środku nocy uciekałam z domu przez okno, bo drzwi były pozamykane. Pobita, spryskana gazem pieprzowym. Skóra paliła jak przypiekana ogniem, ledwo widziałam. Gdybym się nie wyrwała i nie uciekła, dziś by mnie nie było. Uciekałam z przerażonymi dziećmi w ciemności. Stopy ślizgały się po błocie. Dobijaliśmy się do zamkniętych bram i drzwi. Za nami biegł on. Cudem udało nam się znaleźć otwarte drzwi. Wpadliśmy do obcego domu. Zamknęłam drzwi na klucz. W sieni pojawiła się zdziwiona sąsiadka. Pozwoliła nam zostać. Policja przyjechała po 20 minutach.
Zanim zabrało go pogotowie była godzina szósta rano. O siódmej dostałam wiadomość:
- Proszę uważać na siebie. Mąż uciekł z izby przyjęć.
Zadzwoniłam do szpitala. Rzeczywiście. Porozbijał szyby, wyrządził inne szkody i uciekł. Około godziny dziesiątej zadzwonił na telefon syna.
- Przyjedź po mnie. Idę do domu.
Jakby nic się nie stało, jakby nie pamiętał co zrobił. Znów przerażenie. Pojechałam na policję prosić o pomoc. Przecież przyjeżdżali na interwencję. Wiedzą, że jest niebezpieczny. Pomogą. A tu niespodzianka. Na moją informację o całym zdarzeniu dotyczącym ucieczki ze szpitala pada odpowiedź;
- Proszę pani my głupich nie będziemy ganiać!
- Jak to?! To co teraz?! Ja mam się bać? Co z nami?! Gdzie ja pójdę?! Mąż jest pobudzony, agresywny. Gdzie ja pójdę? Proszę coś zrobić! Ja się stąd nie ruszę! Wiem gdzie teraz jest mąż, proszę tam pojechać. Przecież on nam zagraża.
Policjant widząc moją desperację na odczepnego zaczął dzwonić do szpitala, z którego mąż uciekł. Po rozmowie padły słowa:
- Jest ustawa o chorych psychicznie. Jeżeli chorzy sami dobrowolnie nie poddają się leczeniu nikt nie ma prawa ich do tego zmusić. A mąż przecież nie wyraził zgody na leczenie. Prawda?
- I nie wyrazi - pomyślałam. Opadły mi ręce - więc zdrowy nie ma żadnych praw. Potulnie muszę wrócić do domu, do schizofrenicznego kata. Cierpieć i modlić się, w nadziei na przeżycie.
Policjant popatrzył na mnie i powiedział:
- Jedyne co możemy to być przy telefonie. Niech pani zadzwoni jak będzie się coś działo.
- Jak zdążę - odpowiedziałam i przed oczami stanęła mi scena przeżyta w nocy, kiedy wyjęłam telefon, żeby zadzwonić o pomoc a mąż rzucił się na mnie. Leżałam na podłodze, przygnieciona kolanami a telefon został rozbity o posadzkę. Walczyłam o życie. Wyrwałam się ...
Opisałam to wszystko, bo mam dość. Dość kolejnych rozpraw, które do niczego nie prowadzą. Nie ma żadnej decyzji ani o karze ani o leczeniu. Dzieci się boją. Ja się boję, bo nie wiem, co mąż wymyśli. Panika i psychoza strachu. My wiemy, czego się boimy a obcy widzą spokojnego, potulnego człowieka, który w sądzie siedzi z nieobecnym wzrokiem. Muchy by nie skrzywdził a co dopiero nas. Po każdej sprawie jestem rozbita i trudno mi się pozbierać. Jestem pokrzywdzona a czemu czuję się winna. Winna, bo głośno powiedziałam, że dzieje się nam krzywda, że nie daje sobie rady z mężem, który nie chce się leczyć i jest dla nas niebezpieczny. Powinnam go ubezwłasnowolnić i zająć się leczeniem - słyszę wtedy. Pytałam o ubezwłasnowolnienie lekarza, który leczył męża i usłyszałam, że nie ma do tego podstaw, więc dałam spokój.
Kto jest w gorszej sytuacji - chory, który nie odpowiada za to co robi, czy zdrowy, który w takich sytuacjach jest w potrzasku, bo nic nie może, a wystarczy tylko jedna decyzja sądu.
Za miesiąc kolejna rozprawa.

Liczba wejść na blogu: anulazet.blogujaca.pl