piątek, 30 czerwca 2017

W górach jest wszystko, co kocham i wiele więcej. Cz. 1 - Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagienikach.

To jest wpis sprzed 3 lat. Na onet nie wstawiałam zdjęć, bo zabierały wiele miejsca, ale tu mogę :-D

Tak było w 2014 roku

Właśnie zaczyna się niedziela. Specjalna niedziela - jutro wyjeżdżamy w strony, które pokochałam dwa lata temu - wyjeżdżamy w góry - w Tatry. Pakowanie, oczywiście, odłożone na wieczór. Córka z radością oznajmiła:
- Ja spakowałam się wczoraj! Nie musisz sprawdzać!
Ok. Nie muszę, więc nie sprawdzam. W końcu ma te swoje 12 lat ;-)
O pakowaniu przypominam synowi. Wyjmuje z szafy parę rzeczy i mówi:
- To moje. Nie muszę mieć wielu rzeczy!
- Ok - mruczę i... nie sprawdzam. Syn, prawie dorosły (15 lat to przecież próg dorosłości ;-) ).
Pakuję swoje rzeczy. Przezornie upycham ciepłe kurtki i bluzy - mogą się przydać - dzieciom też. Niedzielny wieczór mija. Mija niespokojnie przespana noc i rozpoczyna się wczesny poniedziałkowy ranek. Znosimy bagaże do samochodu.
Wszystko zapakowane, my usadowieni! Syn włącza niedawno zakupioną nawigację. Kierunek Gliczarów Dolny - centrum. Gliczarów nie metropolia, ale niech będzie centrum. Komu to przeszkadza?
Rozpoczyna się długa, bo ośmiogodzinna podróż samochodem. Pani z nawigacji informuje o kolejnych zakrętach, lekkim skręcie w lewo, prawo, rondach... Prowadzi nas pewnym głosem. Mimo wszystko przez Kraków przejeżdżam po swojemu i niestety mijam zjazd na Kraków-Łagiewniki. Chciałam zajechać do sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Niestety zjazd przegapiłam i dopiero gdzieś około 8 km za Krakowem zajechałam do stacji benzynowej i tam dowiedziałam się, że muszę zawrócić. Znalazłam na jakiej ulicy jest sanktuarium - ul. Faustyny 3 (ustawiłam nawigację) i wróciliśmy do Krakowa.
Byliśmy tam dwa lata temu, ale dopiero w tym roku można było rozejrzeć się lepiej. Pobyć tam dłużej.


Tak wygląda nowa bazylika, konsekrowana 2002 roku przez Jana Pawła II. (niestety jest to widok z tyłu bazyliki) :-(
Po lewej stronie widać wieżę widokową z której można podziwiać panoramę Krakowa a w pogodne dni można nawet zobaczyć szczyty Tatr.







W starej części można zobaczyć  kompleks klasztorny Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, który powstał w 1891 roku jako fundacja księcia A. Lubomirskiego dla dziewcząt i kobiet potrzebujących głębokiej odnowy moralnej.



W okresie międzywojennym w tym klasztorze żyła i zmarła s. M. Faustyna Kowalska (1905-1938), przez którą Chrystus Pan przekazał Kościołowi i światu orędzie o Bożym miłosierdziu.
Siostra Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 a  kanonizowana 30 kwietnia 2000 przez Jana Pawła II.
Można zobaczyć jej maleńką celę klasztorną ze skromnym wyposażeniem. Dziewczyny zapytały po co siostrze były takie przedmioty, jak bicze skręcone ze sznurków i włosiennica. Kiedy otrzymały odpowiedź, że służyły one do zadawania sobie bólu jako pokuty za grzechy, nie umiały zrozumieć dlaczego siostra tak strasznie siebie karała i czy taka kara rzeczywiście zbliża do Boga.
Do kaplicy z relikwiami siostry Faustyny można wejść uprzednio zakrywszy sobie za bardzo odsłonięte nogi, lub ramiona. Porządku pilnują strażnicy podając  pasy białego lub niebieskiego materiału, którym można okryć owe ramiona, lub nogi.
Jest to serce Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. W kaplicy znajduje się  słynący łaskami obraz Jezusa Miłosiernego i grób św. Faustyny. Ta niewielka świątynia wybudowana w kompleksie klasztornym Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia i poświęcona w 1891 roku (pw. św. Józefa), służyła niegdyś tylko siostrom i ich wychowankom, była świadkiem modlitwy i nadzwyczajnych łask (m. in. objawień Pana Jezusa i Matki Najświętszej), jakie tutaj otrzymała Apostołka Bożego Miłosierdzia. Wraz z jej śmiercią w tym miejscu zostało zdeponowane orędzie o Bożym miłosierdziu, które z woli Chrystusa przekazała Kościołowi i światu.


W nowej bazylice pięknie prezentuję się ołtarz. Kiedy na niego patrzyłam przypomniała mi się transmisja Mszy świętej z udziałem Jana Pawła II - ogromny ołtarz i  krucha, maleńka postać papieża . Kościół jest pełen światła i wolnej przestrzeni. Ogromny!
W podziemiach nowej bazyliki można odwiedzić kaplice. Jest ich pięć:








Przed kaplicami organizowane są wystawy i projekcje filmów na dwóch ekranach.
W sklepikach przy sanktuarium zakupiliśmy drobne pamiątki.

W "Dzienniczku" siostra Faustyna przewidziała fakt rozpowszechnienia nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. Napisała:
"We wtorek rano w czasie medytacji ujrzałam wewnętrznie Ojca Świętego, odprawiającego Mszę Świętą. Po Pater noster  rozmawiał z Panem Jezusem o sprawie tej, którą Jezus nakazał mi jemu powiedzieć. Chociaż ja tego nie mówiłam Ojcu Świętemu osobiście, ale sprawy te były załatwione przez kogoś innego (z listu ks. M. Sopoćki do s. Faustyny z listopada 1937 r. wiadomo, że rozmawiał on na temat ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego z nuncjuszem apostolskim w Polsce i liczył na to, że nuncjusz przedstawi tę sprawę Ojcu Świętemu) jednak w tym momencie wiem, że Ojciec Święty zastanawia się nad tą sprawą, która w krótkim czasie stanie się według życzeń Jezusa".
Siostra pisała to 1935 roku a w 2002 sam papież odprawił mszę konsekracyjną w nowej bazylice,  rozpowszechniając nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego.
Do Gliczarowa dotarliśmy dopiero o godzinie 18.  Ponad 13 godzin w drodze  :-?
Jutro ciąg dalszy...
Tytuły wpisów, czyli "W górach jest wszystko, co kocham" zaczerpnęłam ze strony Facebook, z witryny o tytule "W górach jest wszystko co kocham". Warto odwiedzić!
Wiadomości o Sanktuarium zaczerpnięte ze strony www.milosierdzie.pl a fragment tekstu z książki "Dzienniczek" S. M. Faustyna, wydawnictwo Misericordia, Kraków 2008, s. 226.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Piękna Polska - widoki z "kijów" i "widoki" serca ♥

Kiedy już nie mogę wytrzymać nagromadzonych emocji, kiedy już mam taką ochoę przyłożyć komuś w pysk, ale nie ma chętnych do odbioru... idę na kije.
Zasmakowałam tego sportu cztery lata temu i chodzę do dziś.
Sprawdza się.
Zaczynałam od 3 km a teraz przechodzę 11, 12 km. 5 to lekka przebieżka a 10 jest w sam raz.
A to zdjęcia z tych spacerów

Zima:










Wiosna:









I zrobione w czerwcu:







A to moja duma:

 I jeszcze jedno:




Moja duma! Ten najwyższy to mój syn ♥ Uczeń technikum żywienia. Wspaniały człowiek :-)

A to moja przepiękna córeczka...


Moja wspaniała rodzina! Moje wspaniałe dzieci ♥





I szalona mamuśka :-) 




"Krucha jak lód" - czy pieniądze dają szczęście?



Chciałam napisać o kolejnej książce Jodi Picoult "Krucha jak lód".
Książka warta przeczytania.
Picoult ma szablon, według którego pisze. Powtarza go w większości swoich książek. Wiem, bo przeczytałam już 10 jej książek i 8 było zgodnych z tym właśnie szablonem. Najpierw przedstawia głównych bohaterów. Nie jest to zwykłe przedstawienie. Wcielamy się w kolejnych bohaterów. Poznajemy ich myśli, charter, sposoby postępowania, temperament. Później poznajemy główny problem i zaczyna się właściwa akcja, która prowadzi nas na salę sądową i tam ma się rozegrać sytuacja związana z rozwiązaniem dylematu moralnego - wyborem dobra lub zła, albo napiętnowaniem zła i... na koniec powieści mamy niespodziankę. Wpada niespodziewany "granat" i książka kończy się zupełnie inaczej niż byśmy się spodziewali.
Z ta książką było tak samo. Kiedy cieszyłam się z pozytywnego zakończenia, nagle wydarzyło się coś, co doprowadziło mnie do szoku i płaczu. I zapytałam "I gdzie ta sprawiedliwość??"
"Krucha jak lód" to opowieść o dziewczynce chorej na wrodzoną łamliwość kości - ang. osteogenesis imperfecta, OI, ale też o jej matce, która postanawia pozwać swoją najlepszą przyjaciółkę, lekarza położnika, o  "złe urodzenie" swojej córeczki.
Termin "złe urodzenie" oznacza błąd w sztuce lekarskiej lekarza położnika, który podczas badań prenatalnych nie rozpoznał wady płodu i nie poformował o tym rodziców, w związku z czym urodziło się upośledzone dziecko. Gdyby matka wiedziała odpowiednio wcześnie o chorobie dziecka, mogłaby dokonać aborcji.
Cała książka składa się z takich właśnie dywagacji. Co by było gdyby... Gdyby matka miała wybór: urodzić czy nie; czy można poświęcić wspaniałą przyjaźń dla pieniędzy; czy matką jest kobieta, która urodziła, czy ta, która wychowała; czy kobieta, która została zgwałcona w wieku 16 lat może oddać swoje dziecko do adopcji i może nie chcieć mieć z nim nic wspólnego i nawet, kiedy to dziecko odnajduje ją po latach, aby się z nią skonfrontować, też ma parowo odmówić jakiegokolwiek kontaktu; czy można jednocześnie kochać swoją córkę i wytaczać proces o złe urodzenie, informując tym wszystkich, że najlepiej gdyby ona się nie urodziła?
Jest też historia nastolatki, która czuje się niewidzialna i niepotrzebna w rodzinie i zapada na bulimię "wzbogaconą" epizodami samookaleczenia się.
Picoult jak zawsze nie idzie na skróty i potrafi zaskoczyć.
W niektórych momentach czułam się tak, jakbym czytała o sobie. Niechciane dziecko, tematy aborcji, rozpad przyjaźni. Poczucie odrzucenia, osamotnienia i pytania, dlaczego nikt mnie nie chce...
Mały fragment z początku książki:
"A czy dostałeś od tego życia
To ostatecznie, czego chciałeś?
Dostałem
A czego chciałeś?
Wiedzieć, że jestem kochany, czuć, że ktoś
Na tej ziemi mnie kocha"
Raymond Carver "Urywek późnego dzieła"

Tak, każdy chce czuć się kochany, oczekiwany, upragniony, na swoim miejscu. Takim miejscem ma być rodzina. Ma być kolebką, gniazdem, oazą, do której możemy wrócić, jak do bezpiecznego portu. Żyjąc w świecie tworzymy też relację z obcymi ludźmi a niektóre z nich są tak mocne, że nazywamy je przyjaźnią a nawet miłością. I zdarza się, że wszystkie te relacje, nawet najlepsze mogą lec w gruzach przez wybory, jakich dokonujemy w życiu.
W życiu osiągamy wciąż jakieś cele. Czasami wybieramy środki, które nie są etyczne.Czy w takim razie cel uświęca środki i czy te środki mogą być tak ostateczne, że staną się powodem nienawiści, choroby i śmierci?
I zdanie, które podkreśliłam:
"Może rzeczywiście dopiero po ciężkim kryzysie człowiek poznaje się naprawdę; może trzeba dostać w kość, żeby zrozumieć, czego właściwie chce się od życia"
Jeżeli nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy od życia, kryzys staję się cenną wskazówką, ale ta  wskazówka okupiona bywa łzami, strachem, załamaniem i poczuciem osamotnienia a nawet ostracyzmu.
W książce matka wygrywa sprawę i dostaje milionowe odszkodowanie, tylko czy te pieniądze zapewnią jej szczęśliwe życie z chorobą córki? Co straciła przez wytoczenie sprawy a co zyskała? Odpowiedź na kartach "Kruchej jak lód".
Warto sięgnąć po tę książkę, chociaż nie da ona ostatecznej odpowiedzi na trudne pytania. Nie da właściwie żadnych odpowiedzi a zostawi nas z goryczą niedopowiedzeń i dywagacji "co by było gdyby..."




Krew, która popłynie, gdy stal i ciało staną się jednością
Zastygnie w kolorze wieczornego Słońca
Jutrzejszy deszcz zmyje ślady
Ale w naszych umysłach pozostanie ślad
Być może ten ostateczny czyn miał na celu
Zbicie odwiecznego argumentu
Że nic nie rodzi się z przemocy i nigdy by nie mogło
Dla wszystkich tych urodzonych pod gniewną gwiazdą
Żebyśmy nie zapomnieli jak krusi jesteśmy
Wciąż i wciąż deszcz będzie padać
Jak łzy z gwiazdy
Wciąż i wciąż deszcz będzie powtarzać
Jak krusi jesteśmy
Sting
Fragmenty tekstu pochodzą z książki Jodi Picoult "Krucha jak lód", Pruszyński i S-ka, Warszawa 2009.