niedziela, 30 września 2018

Wspomnienia z wakacji - Skansen w Sanoku

Koniec września...

Od tygodnia jest mega zimno. Czasami po niebie przetaczają się brzuchate, granatowe chmury. Są ciężkie i zbite w stada. Wyglądają jak śniegowe, te, które widać w środku zimy i które zapowiadają śnieżycę. Przetaczają się po niebie i straszą zimnem i wiatrem. 
Jest zimno i wietrznie.
Wyrywam się czasami na kije. Biegnę przed siebie znajomymi trasami. Czasami dziwie się powtarzalności tych tras i czuje się jak chomik w obracającym się bębnie. Te same znajome miejsca, dróżki, pola i lasy. Najbardziej lubię trasy 10 kilometrowe, ale hola, hola... o tych moich chodach później, teraz wrócę do słonecznych, mega ciepłych dni. Upałów w Bieszczadach i naszych wyjazdów do Sanoka. 

Powiedziałam kiedyś komuś, że wyjeżdżam co roku z takim poczuciem, że to ostatni raz, że za rok już nie pojadę. Jeżdżę wtedy wszędzie, gdzie mogę. Powiedziałam "muszę się nachapać" tym wszystkim, bo może za rok już... I za rok wyjeżdżam i chapię kilometry dróg, nowe, piękne widoki, które zapierają dech i nasycam serce i duszę. 

W tym roku czas wyjazdu minął bardzo szybko. Cały zanurzony w upale i burzach, i w krótkich, przelotnych deszczach. Najbardziej lubiłam siedzieć na wysokiej skarpie nad Soliną i patrzeć, patrzeć, patrzeć... Boże, widok był przepiękny. I ja zawieszona w tym czasie, miejscu, atmosferze, powietrzu, nad wodą, na skarpie. Otulona samotnością, która koi. Chapałam ten czas zachłannie, zapominając o wszystkim innym.

Z Wołkowyj często wyjeżdżałyśmy do pobliskiego Sanoka, Leska, do Ustrzyk Dolnych i Soliny.

Jest w Sanoku magiczne miejsce. Tym miejscem jest Skansen Etnograficzny.

O skansenie napisano tak: "
Park Etnograficzny w Sanoku należy do najpiękniejszych muzeów na wolnym powietrzu w Europie (malownicze położenie na prawym brzegu Sanu u podnóża Gór Sanocko-Turczańskich dość wiernie odzwierciedla fizjografię Podkarpacia).
Pod względem ilości obiektów jest największym skansenem w Polsce.
Na obszarze 38 ha prezentowana jest kultura polsko-ukraińskiego pogranicza we wschodniej części polskich Karpat (Bieszczady, Beskid Niski) wraz z Podkarpaciem. Poszczególne grupy etnograficzne (Bojkowie, Łemkowie, Pogórzanie i Dolinianie) posiadają oddzielne sektory ekspozycyjne znakomicie dostosowane do fizjografii terenu.
Odtwarzając typowe układy zabudowy wsi i zagospodarowania zagród na terenie Muzeum zgromadzono ponad 100 obiektów budownictwa drewnianego z okresu od XVII do XX wieku, gdzie obok budynków mieszkalnych, mieszkalno-gospodarczych i gospodarczych, w Parku znajdują się również obiekty sakralne (XVII-wieczny kościół, dwie XVIII-wieczne cerkwie bojkowskie, jedna okazała cerkiew łemkowska z samego początku XIX w. i kilka malowniczych kapliczek), budynki użyteczności publicznej (szkoła wiejska, zajazd) oraz obiekty przemysłowe (młyn wodny, wiatraki, kuźnie). Zarówno świątynie jak i większość budynków mieszkalnych oraz gospodarczych, posiadają w pełni urządzone i udostępnione do zwiedzania wnętrza (m.in. warsztaty rzemieślnicze: tkackie, garncarza, kołodzieja, wytwórcy drewnianych łyżek, koszy wiklinowych itp.).
Na terenie Parku Etnograficznego urządzono wspaniałą stałą ekspozycję malarstwa ikonowego pt. Ikona karpacka, na której zaprezentowano ponad 220 ikon (od XV do XX w.), ukazujących pełny rozwój tego typu malarstwa w strefie polskich Karpat.
Dopełnieniem działalności wystawienniczej są wystawy czasowe organizowane ze zbiorów własnych (na ekspozycjach i w magazynach znajduje się bowiem blisko 30.000 muzealiów skupiających zabytki z zakresu kultury ludowej, kultury mieszkańców podkarpackich miast i miasteczek, w tym bogate kolekcje ikon, oleodruków, judaików, zegarów, naczyń miedzianych, ceramiki, kilimów oraz innych przedmiotów z zakresu sztuki i rzemiosła artystycznego).
Muzeum prowadzi znaczącą działalność wydawniczą – systematycznie ukazują się Materiały Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku (rocznik o charakterze regionalnym poświęcony etnografii Podkarpacia) oraz czasopismo naukowe Acta Scansenologica(traktujące o problemach muzeów skansenowskich w Polsce i na świecie)." źródło: skansen.sanok.pl

Rzeczywiście, magiczne miejsce. Inny świat...



 Galicyjski Rynek wybrukowanego „kocimi łbami” o pow. 5,5 tys. m² otacza obecnie 26 budynków parterowych. W „miasteczku” tym znalazły się takie obiekty jak: karczma z kręgielnią, poczta, urząd gminy, remiza, apteka, domy żydowskie, sklep, trafika, warsztat ślusarsko-kowalski oraz zakłady: stolarski, fryzjerski, krawiecki, szewski, zegarmistrzowski i fotograficzny.I wszystko można obejrzeć. Wejść do środka, dotknąć starych mebli, ubrań, naczyń. 





Apteka ma niebieskie futryny. A dlaczego? Otóż niebieski kolor jest aseptyczny a poza tym niebieskiego koloru nie lubią owady i nie wlatują do wnętrz. Czy tak jest? Nie wiem. Owszem w pomieszczeniach nie było owdów latających. 



Pan z katarynką. Siedział w pomieszczeniu przy stole i myślałam, że jest lalką ekspozycyjną... aż nagle drgnął, podniósł się i ruszył do wyjścia. Zaczął kręcić korbką i rozległa się piskliwa muzyka. Byłam tak zaskoczona tym "cudownym" ożywieniem, że nawet nie zauważyłam stojącego na katarynce kapelusza na pieniądze. Niestety nie wrzuciłam żadnych pieniędzy... 

Ruszyłyśmy w teren - ja i córka. Oglądałyśmy wiejskie chałupy, drewniane kościoły, obok których stały domy księżowskie. Zwiedzałyśmy drewniane synagogi i cerkwie. Inny wymiar czasowy. Wehikuł czasu, zapachów, budowli.  








Najpiękniejszym miejscem w skansenie okazał się zbiór ikon. W specjalnym, klimatyzowanym budynku znajdują się ikony, które zostały "napisane" od XVI wieku. Tak, napisane, bo ikony się pisze a nie maluje. Przepiękne, barwne, pełne złoceń...
Oprócz ikon można było też wysłuchać muzyki starocerkiewnej. Klimat nie do odtworzenia słowami, ani obrazem. To, co tam nagrałam to marna namiastka tego, co mogłam zobaczyć.










W skansenie jest też przepiękny Dwór ze Święcan. Stawiany w 1861 roku. Zrekonstruowany z najdrobniejszymi detalami - sprzętami, obrazami, ubraniami, pościelą, naczyniami. Można zobaczyć jak żyli jego właściciele, czym się interesowali, jak spędzali swój czas. Do obejrzenia jest 11 pomieszczeń. Na zewnątrz dwór jest otoczony ogrodem. Z przodu okrągły podjazd, wprost pod ganek. Państwo pewnie piło na ganku herbatę...
Hahahaha wyobraźnia ożywia się w tym miejscu i projektuje kolejne obrazy, podsuwa nowe historie a nawet wydarzenia.
W budynku jest przepiękna kaplica, której polichromie naśladują sklepienie kościoła a nawet kolumny w ścianach.
Gabinet pana domu z ogromnym, dębowym biurkiem, starym, dużym portretem, barometrem, stojakiem na fajki.






 



Za dworem, w alei pomiędzy drzewami postawiono posągi drogi krzyżowej. Popełniłam gafę - nie wiedząc, że to droga krzyżowa, skwitowałam sytuację poniżej w taki sposób: No tak, jeden leży a dwóch stoi, i z tego co widzę, nie mają zbyt zadowolonej miny...



 












I na koniec - pomysłowa sławojka






Skansen w Sanoku to piękne miejsce.


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Wystawa Doroty Świdzińskiej "Samo życie" w Sanoku

Wakacje się kończą...

Wracam pamięcią do pobytu w Bieszczadach.
W Sanoku poszłyśmy na wystawę zdjęć Doroty Świdzińskiej "Samo życie". (O wystawie można przeczytać Tu o wystawie)

Przed wejściem do budynku stał naturalnych rozmiarów pomnik Beksińskiego. Jak się później dowiedziałam Sanok był rodzinnym miastem malarza.

Weszłyśmy do sali wystawowej.

W dużym pomieszczeniu mała dziewczynka skakała na skakance. Kobieta, która nas wpuściła powiedziała do małej:
- Zbieraj się! Panie przyszły obejrzeć wystawę...
Mała szybciutko uciekła do biura a my przeszłyśmy dalej.

To była wstrząsająca wystawa. Wstrząsająca dla mnie. Najpierw, w centralnej części, na wprost wchodzących, zobaczyłam tekst modlitwy o dobrego męża. Sama kiedyś modliłam się tymi słowami, ale Najwyższy nie za bardzo mnie wtedy słuchał... Chyba...

Dalej zobaczyłam mnóstwo zdjęć i filmy wyświetlane na monitorach. Siwiutkie staruszki, przygarbione do ziemi, niosły siatki z zakupami. Powolutku poruszały się po zaśnieżonych, szarych chodnikach. Przygniecione ciężarem lat, niektóre wspierały się na laseczkach...
W pamięci mignęły mi bacie, takie same jak na zdjęciach. Siwiutkie, kruche, powoli znikające z życia. Mój ojciec mówił wtedy, że woła je ziemia. To ziemia je tak przyciąga, aby później przyjąć je do swoich piaszczystych ramion.
Przechodziłam obok zdjęć kobiet z siwiutkimi fryzurami, twarzami pokrytymi głębokimi zmarszczkami, resztkami siwiutkich włosów zawiniętymi na kolorowe wałki...

 Przemijalność życia, która aż boli. Wwierca się w świadomość i nakłania do myśli, że nasze życie też przeminie. Nieważne, czy będziemy się sprzeciwiać stosując najnowsze wynalazki kosmetologii, czy chirurgii, nasz czas przeminie...

Na jednej ze ścian sekwencja zdjęć: dwa krzesła, na których obok siebie siedzą matka i córka. Matka w pewnym momencie znika, pozostawiając puste krzesło. Koło życia: Matka i Córka. Jedna nie może istnieć bez drugiej. Jedna daje życie drugiej i w końcu znika, aby jej miejsce zajęła kolejna para kobiet i tak bez końca... Puste krzesło było przerażające. Patrzyłam na nie i nie mogłam oderwać wzroku. Za plecami córka, moja córka, przypominała o swoim istnieniu, domagając się wyjścia. Ona nie odbierała tej rzeczywistości. W wieku 16 lat świat jest tylko tu i teraz. Nie ma przeszłości i przyszłości. Wystawa była dla niej nudna. Spojrzałam na nią oczami pełnymi łez. Odwzajemniła moje spojrzenie zdziwieniem.

Dziewczynka skacząca na skakance wprowadzała w przemijającą rzeczywistość zdjęć tyle życia. Była jak nadzieja dla tych znikających kobiet. Nadzieja na energię, młodość, wieczność, szczęście. Kuratorka wystawy wypraszając małą zostawiła mnie z przygnębiającą świadomością przemijalności życia. Modlitwa o dobrego męża była jak czcza nadzieją na zmianę monotonności życia. A może o to chodzi - może sensem życia jest jego monotonia, przewidywalność i przemijanie.

W następnej sali stało zaścielone łóżko, ubrania powieszone obok, znów mnóstwo zdjęć i film. Nie podeszłam bliżej, aby obejrzeć i posłuchać o czym był film.
Na wystawie nie było mężczyzn. Tak, jakby nie istnieli, albo byli nieważni. Była tylko modlitwa i ubranie. Planeta kobiet...

Smutna wystawa... Samo życie.

Wyszłyśmy na zalany słońcem rynek. Tak, wolę słoneczny rynek od ciemnej i duszącej atmosfery przemijalności naszego kobiecego życia. Wolę nadzieję nowego życia złożonego w swoich dzieciach, które zostaną na krześle, z którego ja któregoś dnia zniknę. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie.
Oddychałam słońcem, upałem, bliskością córki i życiem.



sobota, 11 sierpnia 2018

Hanna Banaszak i jej wspaniały koncert w Leśniczówce Pranie na Mazurach

Wyrwałam się dziś (a właściwie wczoraj, bo piszę to po 24) na koncert Hanny Banaszak do Leśniczówki Pranie. ( Leśniczówka Pranie ) Wspaniałe miejsce na Mazurach, nad jeziorem Nidzickim. 
Kiedy jechałam na koncert lał deszcz. Uzbrojona w parasol i sztormiak wysiadłam na małym parkingu w środku lasu i ścieżką w górę poszłam do Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, czyli do Leśniczówki. 
Mała scena na polanie a przed nią rzędy ławek. Po lewej stronie od sceny, pomiędzy gałęziami drzew widać taflę jeziora z bielejącymi żaglówkami. Cuuudo... 
To było pierwsze cudo. Drugie, to fakt, że na czas koncertu niebo przejaśniało a nawet przez grubą warstwę szarych chmur przeświecało słońce i skrawki błękitnego nieba.
O godzinie osiemnastej na scenę weszła ONA. 
W pamięci wciąż miałam Hannę Banaszak z czasów jej największej popularności, kiedy była słodką seksbombą. Sorry pani Hanno, ale taką Panią pamiętam - ponętną, z czerwonymi ustami, seksownym głosem i zalotnym spojrzeniem. A tu na scenę weszła dojrzała kobieta w niczym nie przypominająca tamtej słodkiej kokietki. Głos pozostał ten sam, albo nie... Teraz bardziej dojrzały, bardziej zmysłowy i przepięknie jazzujący. Pani Hanna cudownie zaśpiewała np. przebój Komedy z filmu "Dziecko Rosemary". Za nią, na scenie, trzej muzycy: Andrzej Mazurek - instrumenty perkusyjne, Zbigniew Wrąbel - kontrabas i młody, bardzo utalentowany Jacek Szwaj na fortepianie (który też zaśpiewał "Pogodę ducha" dla Pani Hanny). 
Uczta dla zmysłów. Królował jazz, swing, magiczna muzyka i przepiękny głos...
Magia... (Oficjalna strona Pani Hanny Banaszak Hanna Banaszak)

Cudowny koncert

Po koncercie  podeszłam do Pani Hanny z pytaniem o płytę. Niestety nie było płyty.
Szkoda, bo chętnie posłuchałabym jej utworów jeszcze raz. 










niedziela, 5 sierpnia 2018

Zwiedzamy Lesko - śladami naszych "starszych braci w wierze".

Jest niedziela. Już 5 sierpnia. Wróciłyśmy 1... Tylko 4 dni a czuję się tak, jakbym wróciła bardzo dawno... W pamięci piękne widoki bieszczadzkiej przyrody, jeziora solińskiego, wzgórz we mgle i chmurach, malowniczo rozciągniętych dolin. 

Ciężko mi idzie pisanie. Kiedyś wystarczyła chwila, jakieś zdarzenie i pyk... leciały litery zgrabnie układające się w słowa i zdania. A teraz piszę w myślach... 

Ale, ok, wróćmy w Bieszczady. 
Ogromne wrażenie zrobił na mnie kirkut w Lesku. Położony na wzgórzu gęsto pokrytym starymi, rozrośniętymi drzewami. Na cmentarz prowadziła brama, zamknięta na kłódkę wetkniętą w duży łańcuch.
- Kurcze, zamknięte. A tak chciałam tam iść... - westchnęłam i popatrzyłam na córkę - Ale nie, popatrz tam są jacyś ludzie... Zwiedzają - ze wzgórza, wydeptaną ścieżką schodziła jakaś para. 
Nawet nie dostrzegłam, jak podszedł do nas starszy pan i zapytał, czy chcemy zobaczyć cmentarz. Przytaknęłam. Wyjął plik podłużnych bilecików i odrywając jeden powiedział:
- Daję paniom ulgowy. 7 złotych za dwie osoby... Panna może wejść ...
- Ala ja nie chcę - usłyszałam od córki - idę na miasto...
- Hej, nie ma mowy, nie wiadomo, czy kiedyś nadarzy się okazja wejścia do takiego miejsca. Idziemy obie - powiedziałam, płacąc za bilet. 
Pan otworzył kłódkę i weszłyśmy na teren kirkutu. Uderzył mnie widok wszędobylskich, wysokich pokrzyw. Cmentarz wręcz tonął w zielsku. Smutne. Fakt, że cmentarz założono w XVI w. ale... 

 



Weszłyśmy stromą ścieżką w górę. Na początku stały pojedyncze macewy. Na szczycie góry macewy miały poprawione napisy. Były też napisy po polsku. Mała ściągnęła aplikację, żeby można było odczytać teksty na płytach. Niezbyt nam to wychodziło. Można było odszyfrować tylko po kilka słów a to niewiele dawało. Płyty z szarego piaskowca pod wpływem czasu i warunków pogodowych kruszyły się a litery zacierały. Na samym wierzchołku góry było ich bardzo dużo. Niektóre przewrócone, inne pochylone, niewiele było takich, które stały równo i prosto. Zastanowiły mnie rysunki dłoni, świeczników, dzbanków... Co mogły oznaczać? Oprócz liter w górze płyty były rysunki.
Wszystkie płyty były skierowane w jednym kierunku, jak się później dowiedziałam w kierunku Jerozolimy, wschodu, w kierunku rodzącego się światła.
Rysunek dzbana oznacza potomków rodu Lewiego (Lewitów) , do których należał obowiązek obmywania rąk kapłanom. Wizerunki rąk oznaczają pochowanych kapłanów - cadyków lub rabinów. Świece lub świeczniki oznaczały groby kobiet.
Cmentarz dla Żydów jest miejscem świętym. Grobów nie można naruszać. Niedopuszczalne jest rozkopywanie grobu ani chowanie następnego ciała w tym samym grobie. Jeżeli cmentarze się zapełniały usypywano na starych grobach wysokie wały ziemne, nasypy, w których chowano kolejne zwłoki. Cmentarzy nie można było likwidować. Może dlatego cmentarz w Lesku był wysoką górą?!
Na niektórych macewach leżały kamyki - wyraz szacunku dla zmarłego. 
(inne ciekawe informacje na stronie: http://www.kirkuty.xip.pl/ciekawostkipelny.htm)




















Wyszłyśmy z nekropoli. Niedaleko znajduje się synagoga. Obecnie synagoga nie jest miejscem kultu sakralnego. Znajduje się w niej wystawa rękodzieła, malarstwa i rzeźby miejscowych twórców.
Synagoga została zbudowana w XVIII w. i funkcjonowała do II wojny światowej. W okresie międzywojennego spisu powszechnego wykazano, że w mieście liczącym 3870 mieszkańców aż 2338 osób jest wyznania mojżeszowego.Podczas II wojny światowej ludność żydowska została wymordowana. Synagogę zamieniono w magazyn żywności. W latach 60. XX w. synagogę odbudowano. Dziś znów potrzebuje remontu. Tabliczki zawieszone ma murach ostrzegają przechodniów o odpadającym tynku.

Tak wyglądało wnętrze świątyni za czasów świetności a dziś jest tam wystawa sztuki.


Wchodząc do chłodnego wnętrza synagogi byłam rozczarowana, że nie ma tu nawet fragmentu dawnej historii, jakiegoś skrawka kultury sakralnej, która byłaby łącznikiem z przeszłością i oddaniem czci pomieszczeniu i ludziom, dla których było to święte miejsce. Zarośnięty pokrzywami cmentarz i świątynia zamieniona w galerię sztuki...

A to bilet upoważniający do zwiedzania cmentarza:



 W broszurze, którą kupiłam w Synagodze Pani Ewa Baranowska napisała: "Jedyna w Polsce manierystyczna synagoga woła o pomoc - koszty rewaloryzacji przewyższają jednak skromne możliwości finansowe miasta, liczy się każda otrzymana pomoc.
PKO BP S.A. O/Lesko
35 1020 2980 0000 2802 0003 0270
Bieszczadzki Dom Kultury
38-600 Lesko, ul. Piłsudskiego 1
tel. 013 469 66 49, fax: 013 469 66 82
bdk_lesko@poczta.onet.pl


Jeżeli możecie wspomóżcie to miejsce, bo warto. To część naszej kultury i to piękna część.
I gdyby jeszcze można było zaopiekować się kirkutem... Powycinać chociaż pokrzywy...